Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Akaiah.    Pisanie by Kot. on Pią Maj 12, 2017 11:25 pm
Bose stopy dotknęły suchej, spierzchniętej ziemi. Uczucie było bardzo osobliwe – twardość podłoża była wręcz abstrakcyjna, bo który z aniołów byłby w stanie wcześniej opisać, jak to jest dotykać gruntu? – prawie żaden. Smukła sylwetka poruszyła się niespokojnie po powierzchni, badając każdym palcem kolejne, drobne kamyczki, które losowo rozkładały się pod jego nogami. Dzień był wyjątkowo ponury, a czarne obłoki doszczętnie przysłaniały słońce, czyniąc z porannej pory, wieczorną. Niemniej nawet w tak słabym świetle potrafił dostrzec okrągły zarys własnych paznokci, czy każde zagięcie w wewnętrznej stronie dłoni. „Niezwykłe!” - myślał wówczas, szczerze zafascynowany tym, że nareszcie istniał. Nie tak, jak do tej pory; za sprawą duchowej egzystencji, bez możliwości wyrażenia własnej opinii, dokonania czynów realnych czy wolnej woli. Był naprawdę, materialnie… i zaczynał pierwsze starcie z emocjami, które tylko utwierdzały go w myśli, że coś nieodwracalnie uległo zmianie. Zdefiniowano go jako coś więcej, niż byt.
Podniósł głowę i dostrzegł to, co udało mu się zaobserwować już w Niebie. Znajdował się w kraju, zwanym Japonią. Owa Japonia właśnie tonęła w pożarach, trwając jako niemal same zgliszcza. Zmęczona kataklizmami była cieniem niegdyś nowoczesnego, rozwijającego się państwa. Obserwował ten upadek z góry, a jednak stojąc w samym jego centrum, do głowy przychodziły mu inne myśli. Rozbudowane. To nie były same stwierdzenia, fakty, a zdecydowanie coś więcej. Coś przeplatanego różnymi nićmi, które w kolorowych pasmach tworzyły skomplikowany haft, tak wymyślnie pleciony, że aż niemożliwy do interpretacji. Ludzie zwali to emocjami, a sam anioł uznał, że była to cena istnienia, z którą nie potrafił sobie poradzić. Usłyszał głos swojego brata za plecami, przypominając mu, dlaczego doznał zaszczytu oddychania, czucia, przeżywania… wówczas schował swój haft do kieszeni i znów starał się być pustym, bo uważał, że tak będzie bezpieczniej – nie mógł pozwolić sobie na rozproszenie we własnych zajęciach. Odbił się od ziemi i zaczął naprawiać to, co zniszczył jego Ojciec.

{}

Małe, czarnowłose główki odwracały się szaleńczo w przeciwnym kierunku z taką zawziętością, że zdawało mu się, jakby zaraz przyszło mu słuchać chrupotu łamanych karków. Ludzkie dzieci płakały, wczepione uparcie w ramiona dorosłych kobiet. Łkały, bo zobaczyły coś, co przeraziło je bardziej, niż rozstępująca się pod nimi ziemia, walące budynki czy bezwzględne języki ognia, trawiące wszystko, co tylko znalazło się na ich drodze.
„Potwór! Demon!”
Stał przed blisko dwunastoma ludźmi, a zdjąwszy wzrok ze zdecydowanie najgłośniejszych maleństw, pognał spojrzeniem dalej. Dojrzalsi milczeli, wpatrując się głucho w jego sylwetkę, która dawała cień trochę inny, niż ludzki, a jednak dość podobny – na tyle, by rzec „identyczny”, gdyby odjąć pokaźne dwa ciemne zarysy, wystające z tyłu pleców.  Niemniej im dłużej tak stał, tym mniej człowieczy się czuł. Dorośli, choć zachowywali więcej odwagi, wpatrywali się w niego z jawnym strachem. Policzki kobiet były mokre, zapadnięte, niemal sine. Mężczyźni, rośli i zdeterminowani do obrony siebie czy innych, w panice rozglądali się za czymś, co dałoby się chwycić, gdyby ich „demon” miał postąpić choćby krok bliżej. Chcieli zrobić mu krzywdę, czuł to. Może nie wyglądał tak, jak mu się zdawało? Być może jego postać była odrażająca? Stąpiwszy z Nieba stał się czymś, co miało wzbudzać w bożych dzieciach strach, a nie nadzieję? Przecież miał najczystsze intencje! Pognał dłonią do twarzy, nabrawszy dziwnego uczucia, które rozpaczliwie próbował od siebie odpędzić. Gładka skóra, miękkie usta, nie za duży nos, wyżej brwi i czoło, a na końcu włosy… dlaczego więc tak się go bali? Gardło mu się zacisnęło, a sam anioł nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Jeden z mężczyzn, oblany cuchnącym potem z zaschniętą na ramionach krwią, jako pierwszy wyłamał się z grupy i zaczął kierować do skrzydlatego słowa. W amoku własnych, niezrozumiałych uczuć nie potrafił odgadnąć sensu wypowiedzi, ale była ona zdecydowanie agresywna. Na tyle, by zmusić go do cofnięcia się o całe dwa kroki. Chciał czym prędzej odlecieć, ale wtem za jego plecami wylądował kolejny skrzydlaty, skutecznie wciskając zahukane istoty w głąb jaskini, najprawdopodobniej tym samym ratując swojego brata od ataku.  
„Przybywamy, by położyć kres waszemu cierpieniu. Jesteśmy aniołami, tworami Kreatora, których jedynym celem będzie ochrona ludzkiej egzystencji. Nie lękajcie się.”
Stał sztywno na nogach, słuchając, jak miękko wypowiadał się drugi z aniołów. Poczuł na swoim ramieniu jego rękę i ciche szepnięcie, które zaraz musnęło mu ucho: „Akaiahu, spraw, by zażegnali głód.”

G o d n o ś ć:_Akaiah.
P ł e ć:_Mężczyzna.
W i e k:_Nieokreślony.
M i e j s c e__Z a m i e s z k a n i a:_Eden.


Ostatnio zmieniony przez Kot. dnia Nie Maj 14, 2017 2:53 am, w całości zmieniany 1 raz

_________________



-----------

avatar

Liczba postów : 18

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Akaiah.    Pisanie by Kot. on Sob Maj 13, 2017 10:59 am

„Zwróć się, o Panie, ocal moją duszę, wybaw mnie przez Twoje miłosierdzie.”
______________________________________________________Ps 6,5

Bose stopy dotknęły suchej, spierzchniętej ziemi. Uczucie było bardzo osobliwe – twardość podłoża była wręcz abstrakcyjna, bo który z aniołów byłby w stanie wcześniej opisać, jak to jest dotykać gruntu? – prawie żaden. Smukła sylwetka poruszyła się niespokojnie po powierzchni, badając każdym palcem kolejne, drobne kamyczki, które losowo rozkładały się pod jego nogami. Dzień był wyjątkowo ponury, a czarne obłoki doszczętnie przysłaniały słońce, czyniąc z porannej pory, wieczorną. Niemniej nawet w tak słabym świetle potrafił dostrzec okrągły zarys własnych paznokci, czy każde zagięcie w wewnętrznej stronie dłoni. „Niezwykłe!” - myślał wówczas, szczerze zafascynowany tym, że nareszcie istniał. Nie tak, jak do tej pory; za sprawą duchowej egzystencji, bez możliwości wyrażenia własnej opinii, dokonania czynów realnych czy wolnej woli. Był naprawdę, materialnie… i zaczynał pierwsze starcie z emocjami, które tylko utwierdzały go w myśli, że coś nieodwracalnie uległo zmianie. Zdefiniowano go jako coś więcej, niż byt.
Podniósł głowę i dostrzegł to, co udało mu się zaobserwować już w Niebie. Znajdował się w kraju, zwanym Japonią. Owa Japonia właśnie tonęła w pożarach, trwając jako niemal same zgliszcza. Zmęczona kataklizmami była cieniem niegdyś nowoczesnego, rozwijającego się państwa. Obserwował ten upadek z góry, a jednak stojąc w samym jego centrum, do głowy przychodziły mu inne myśli. Rozbudowane. To nie były same stwierdzenia, fakty, a zdecydowanie coś więcej. Coś przeplatanego różnymi nićmi, które w kolorowych pasmach tworzyły skomplikowany haft, tak wymyślnie pleciony, że aż niemożliwy do interpretacji. Ludzie zwali to emocjami, a sam anioł uznał, że była to cena istnienia, z którą nie potrafił sobie poradzić. Usłyszał głos swojego brata za plecami, przypominając mu, dlaczego doznał zaszczytu oddychania, czucia, przeżywania… wówczas schował swój haft do kieszeni i znów starał się być pustym, bo uważał, że tak będzie bezpieczniej – nie mógł pozwolić sobie na rozproszenie we własnych zajęciach. Odbił się od ziemi i zaczął naprawiać to, co zniszczył jego Ojciec.

{}

Małe, czarnowłose główki odwracały się szaleńczo w przeciwnym kierunku z taką zawziętością, że zdawało mu się, jakby zaraz przyszło mu słuchać chrupotu łamanych karków. Ludzkie dzieci płakały, wczepione uparcie w ramiona dorosłych kobiet. Łkały, bo zobaczyły coś, co przeraziło je bardziej, niż rozstępująca się pod nimi ziemia, walące budynki czy bezwzględne języki ognia, trawiące wszystko, co tylko znalazło się na ich drodze.
„Potwór! Demon!”
Stał przed blisko dwunastoma ludźmi, a zdjąwszy wzrok ze zdecydowanie najgłośniejszych maleństw, pognał spojrzeniem dalej. Dojrzalsi milczeli, wpatrując się głucho w jego sylwetkę, która dawała cień trochę inny, niż ludzki, a jednak dość podobny – na tyle, by rzec „identyczny”, gdyby odjąć pokaźne dwa ciemne zarysy, wystające z tyłu pleców.  Niemniej im dłużej tak stał, tym mniej człowieczy się czuł. Dorośli, choć zachowywali więcej odwagi, wpatrywali się w niego z jawnym strachem. Policzki kobiet były mokre, zapadnięte, niemal sine. Mężczyźni, rośli i zdeterminowani do obrony siebie czy innych, w panice rozglądali się za czymś, co dałoby się chwycić, gdyby ich „demon” miał postąpić choćby krok bliżej. Chcieli zrobić mu krzywdę, czuł to. Może nie wyglądał tak, jak mu się zdawało? Być może jego postać była odrażająca? Stąpiwszy z Nieba stał się czymś, co miało wzbudzać w bożych dzieciach strach, a nie nadzieję? Przecież miał najczystsze intencje! Pognał dłonią do twarzy, nabrawszy dziwnego uczucia, które rozpaczliwie próbował od siebie odpędzić. Gładka skóra, miękkie usta, nie za duży nos, wyżej brwi i czoło, a na końcu włosy… dlaczego więc tak się go bali? Gardło mu się zacisnęło, a sam anioł nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Jeden z mężczyzn, oblany cuchnącym potem z zaschniętą na ramionach krwią, jako pierwszy wyłamał się z grupy i zaczął kierować do skrzydlatego słowa. W amoku własnych, niezrozumiałych uczuć nie potrafił odgadnąć sensu wypowiedzi, ale była ona zdecydowanie agresywna. Na tyle, by zmusić go do cofnięcia się o całe dwa kroki. Chciał czym prędzej odlecieć, ale wtem za jego plecami wylądował kolejny skrzydlaty, skutecznie wciskając zahukane istoty w głąb jaskini, najprawdopodobniej tym samym ratując swojego brata od ataku.  
„Przybywamy, by położyć kres waszemu cierpieniu. Jesteśmy aniołami, tworami Kreatora, których jedynym celem będzie ochrona ludzkiej egzystencji. Nie lękajcie się.”
Stał sztywno na nogach, słuchając, jak miękko wypowiadał się drugi z aniołów. Poczuł na swoim ramieniu jego rękę i ciche szepnięcie, które zaraz musnęło mu ucho: „Akaiahu, spraw, by zażegnali głód.”

Akaiah x Anioł x I generacja x Zwierzchność x Niezrzeszony

_________________



-----------

avatar

Liczba postów : 18

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Akaiah.    Pisanie by Kot. on Czw Lip 27, 2017 10:32 am

W kłębach ciemnego dymu, który od tak długiego czasu zalegał na niebie, ktoś nareszcie dojrzał światło. Połacie czerni rozstąpiły się na krótką chwilę, by wypluć z siebie dziesiątki, może setki oblepionych w jasność postaci, z których każda zostawiała za sobą dwie olbrzymie smugi, bijące o siebie w powietrzu. Był to obraz nadchodzącej nadziei, lepszego jutra, szansy na zachowanie życia. Jednak z dołu widok przerażał jeszcze bardziej, niż bezprawie, które panoszyło się po skutej apokalipsą planecie. Drżał ciałami niewinnych mocniej, niż trzęsienia ziemi, potrafiące nękać jedno miasto nieustannie przez kilka godzin. Wypruwał więcej łez, niż czarna mgła, przylepiająca się do twarzy, a mająca swoje źródło ze spadających ognistych flar, palących skóry wszystkich tych, którzy znaleźli się zbyt blisko nich. Te piękne, jasne i czyste postacie były czymś obcym.
Każdy słyszał o rabunkach, morderstwach i gwałtach. Nie ulegało wątpliwościom, że budynek z czasem zamieni się w ruiny. Nie znalazłaby się osoba, która nie wiedziałaby, że ogień potrafi niszczyć życie. Kto mógłby przypuszczać, by wśród tych wszystkich makabrycznych, ale realnych wizji upadającego świata, dojrzeć coś, co dotąd pokazywano tylko w spadkach kultury? Książki, filmy, muzyka; stąd znano te istoty, w tej postaci uchodzące za fantazję z zachodniej części świata. Gdy fantazja zmieniła się w rzeczywistość, nie było możliwości nie odczuć trwogi. Szczególnie, gdy strach zaciskał swoje szpony na posiniałym w bezsilności gardle już tak długi czas…
Niestety w chwili, gdy jego bose stopy dotknęły brudnej, przepasanej żwirem i pyłem ziemi, boski byt nie był świadomy klarowności niektórych sytuacji. Do tamtej minuty operował jedynie faktami, stałymi, niezmiennymi prawdami, nad którymi nie wisiały żadne emocje czy sentymenty. Tragedie pożerały tysiące, miliony żywych, a on zstąpił z góry, by położyć temu kres, wszak do tego został stworzony. Celem jego obecności, powodem, dla którego określono go jako coś więcej, niż duchowy byt, była tylko i wyłącznie pomoc. Nie liczyło się nic więcej, więc niczego więcej nie czuł.
Nie musiał.
Nie potrafił.


Kreator ochrzcił go imieniem Akaiah, a więc anioł oczekiwał, że na dźwięk dokładnie tego słowa przyjdzie mu odwracać głowę, zatrzymywać chód, czy reagować w inny, mniej lub bardziej podobny sposób. Chłopak natomiast nie spodziewał się, że istoty, dla których wszak zdobył materialną postać, znajdą mu inną godność.
„Odejdź ode mnie, demonie!”
Czupryna zabarwiona na lekki, orzechowy kolor delikatnie przechyliła się do prawego boku, wbiwszy skamieniałe spojrzenie w oblepionych od nędzy ludzi. Było ich kilkunastu, w różnym wieku, jak zdołał ocenić w tym krótkim czasie; dojrzałe kobiety, rośli mężczyźni i żałośnie małe dzieci. Te pierwsze dygotały z rękoma oplecionymi wokół własnych pociech, które - mógłby przysiąc – niemal dusiły się pod naporem ich drżących dłoni.  
„Będzie dobrze, nie bój się.”
„Nie patrz, nie patrz!”
„Zamknij oczka i pomyśl o domu.”
Słyszał te szepty i nie potrafił zrozumieć, dlaczego czuł się na ich dźwięk tak ciężko. Uczucia były mu obce, wszak do tej chwili nie musiał martwić się o konsekwencje żadnych emocji, toteż zamarł w bezruchu, panicznie obmyślając następny ruch. Czemuż się ode mnie odsuwacie? Moje ciało sprawia, że jestem straszny? Zaraz podniósł rękę i przyjrzał się jej, chcąc samemu sobie odpowiedzieć, czy w istocie nadano mu właściwie wyglądające, ludzkie oblicze. Dlaczego nie rozwarł ust i nie wylał z siebie żadnych słów, tkwiąc dalej w milczeniu? Zgubna decyzja.
Zgubna z tytułu mężczyzn, którzy dojrzeli w jego nienaturalnie pięknych, acz skamieniałych w beznamiętności rysach wcześniej nadmienionego demona. Z perspektywy tych, którzy zaraz podnieśli się z miejsc z zamiarem ochrony swoich najbliższych, Akaiah był straszny, obcy. W świecie tak brudnym, pełnym krwi i krzyków, ktoś tak jasny i spokojny na twarzy wydawał się zagrożeniem. Żaden człowiek nie miał takiej mocy, by wyczytać intencje „potwora” z jego pustej postury; nie uśmiechał się, nie grymasił, nie marszczył nosa, nawet stał w jednym miejscu w tak obrzydliwie niesprecyzowany sposób, że zastraszeni do granic możliwości ludzie powoli dostawali szału, nie mając zielonego pojęcia, że istota z nieba właśnie stawia czoła pierwszym emocjom; targały nim lęk i niepewność, ale spędziwszy w ciele zaledwie kilka godzin nie wiedział, jak właściwie to przekazać. Komunikacja pomiędzy nimi oscylowała na granicy żałosnego zera, a przynajmniej do momentu aż jeden z odłamków szkła nie świsnął przy uchu chłopaka, dokładnie w tej samej chwili, w której dostrzegł, że jego dłonie są jak najbardziej ludzkie. Cóż, człowieka najwyraźniej nie przypominał, skoro dzieci boże zaczęły rwać się na jego krzywdę. Nim drugi odłamek porysował mu ciało, Akaiah wzbił się ponownie w powietrze, czując, że przepełnia go kolejne uczucie. Nieprzyjemne, uciążliwe, każące mu wracać myślami do każdego przepełnionego odrazą spojrzenia, które wieszano na nim jeszcze kilka chwil temu. Nie marnował jednak swojego czasu na bezcelowe szybowanie po czarnym niebie. Zaraz zanurzył stopy w żwirze i pyle, tuż przy pierwszym z aniołów, którego udało mu się dostrzec przy lądowaniu. Wraz chwycił jego dłoń i z siłą przyłożył sobie do dudniącej piersi.
- Bracie, co to jest? – zabawne, że pierwsze słowa, które z siebie wydał, były tak nienaturalnie sztywne… poniekąd nabuzowane szczerym przejęciem, jakkolwiek przejęty potrafił być ktoś, kto nie umiał się nawet uśmiechnąć. Drugi z aniołów był szczerze zaskoczony zachowaniem swojego pobratymca. Pochłonięty własną, anielską powinnością, nie miał specjalnie czasu, by tłumaczyć zasady działania ludzkiego ciała, bo o cóż innego mógłby go spytać Akaiah, przykładając jego dłoń do własnej piersi? Nie wiedział, że bije w niej serce?
W istocie… biło. Bardzo szybko. Najpewniej ten rytm skłonił niebieskie oczy do zwrócenia się w kierunku twarzy drugiego skrzydlatego i odczytania w niej tego, czego tak bardzo nie rozumiał sam zainteresowany.
- Akaiahu, ty się boisz.


Informacja roku, yo.



× Rozmowa ze zwierzętami.
Najczarniejsza toń, która śmiałaby opleść go lepkimi sidłami, nigdy nie zdoła zagłuszyć potoku dźwięków, które docierają do uszu szatyna. Anioł posiada zdolność rozumienia zwierzęcej mowy, która w tak urodzajnej w faunę krainie, jaką jest zamieszkały przez niego Eden, ryczy do niego nieprzerwanie przez kilkaset lat. Rozmowa odbywa się na drodze telepatii, toteż chłopak nie musi wydzierać miauknięć i syków z gardeł napotkanych futrzaków, natomiast sam z przyzwyczajenia zwraca się do nich za pomocą słów w języku japońskim. Wyrobił sobie nawyk wdawania się w dyskusje z każdym napotkanym dwu-, czworo-, sześcionogiem, jednak należy zauważyć, że nie z każdym zwierzęciem rozmowa wygląda tak samo. Przede wszystkim, Akaiah z żadnym nie jest w stanie oddać się kontemplacji tematów abstrakcyjnych. Lisy nie rozumieją sztuki, wilki nie wiedzą czym jest Bóg, religia. Kierują się innymi wartościami, a ich cele są zdecydowanie prostsze, niż ludzi, którzy potrafią nadać swojej egzystencji wyższego znaczenia. Im mniej zaawansowane

_________________



-----------

avatar

Liczba postów : 18

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Akaiah.    Pisanie by Sponsored content



Sponsored content
-----------



Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry