Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down



Ogłoszenia, co.    Pisanie by Shiroukane on Wto Wrz 20, 2016 10:55 pm
dddd

_________________

Yeah.
Keep rolling your eyes.

Maybe you'll find a brain back there.



-----------
Do     cholery

avatar

Liczba postów : 216

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ogłoszenia, co.    Pisanie by Shiroukane on Pon Mar 13, 2017 10:39 pm
Randomowy Liriell




Wiesz, ile przeciętnie żyje motyl? Tydzień. Może dwa. Ile zrobiłbyś przez ten czas? Nie umiesz z krzesła podnieść się przez miesiąc, a kiedy wreszcie ci się to uda ─ padasz na kolana i pół roku czołgasz do wyjścia skomląc, marudząc, narzekając na swój los. Jak skopany pies. Ludzie są więksi, silniejsi, mądrzejsi od robactwa, z którego szydzą. A robią tyle małych, słabych, głupich rzeczy. Dlatego ich nie znoszę. Dlatego nie rozumiem, po co miałby się nimi opiekować. Po co w ogóle zawracać sobie głowę czymś, co lada moment, być może już jutro lub za dwa dni, wymrze przez własny idiotyzm.

Nazywam się Suz. I dokładnie rok temu poznałam kretyna, który zaraził mnie miłością do czegoś tak nietrafnego jak „człowiek”. Dokładnie rok temu zrozumiałam, że głupota jest zaraźliwa. Rok temu, całe trzysta sześćdziesiąt pięć dni wstecz, spędzonych na budowaniu piasku tuż przy linii morza. W trakcie sztormu. Cholernego, nieokiełznanego, dzikiego sztormu.  Nauczył mnie, że są sprawy, których nie można wygrać żadnym wysiłkiem, ale z jakiegoś powodu, nieznanego, kompletnie niemożliwego, szalonego, to próbujemy.

Jestem aniołem stróżem od niedawna. Wszystkiego nauczył mnie on. Gdybym miała porównać go do zwierzęcia, byłby właśnie motylem. Dlaczego? Bo jemu jakoś tak śpieszno. Wszystko, co ma zrobić, robi od razu, jakby jutra miało już nie być. Jakby za kilka chwil skrzydła miały się rozlecieć. Jakby ciało roztrzaskiwało się o ziemię z hukiem tłuczonego szkła. I że ten koniec, tak bolesny i nagły, byłby stratą dla świata, który potrzebuje rąk do pracy, umysłu do problemów, uśmiechu do radości. A przecież wszyscy wiemy, że każda śmierć, jest śmiercią palonego motyla. Niemą. I szybko zapomnianą.

Mówią na niego Liriell, więcej nie wiem. Ponoć wcześniej był człowiekiem i inaczej go nazywano, ale pytany nigdy nie odpowiada. Nie dziwię mu się kompletnie – kto chciałby znów upaść do roli czegoś tak marnego jak „człowiek”? Właśnie. Dlatego przestałam pytać, dając mu ponieść kolejną tajemnicę na barkach. Nie pierwszą. Na pewno też nie ostatnią. Chłopak wygląda może młodo, ale na karku dźwiga setki lat. Setki lat w milczeniu. Jest jak ogromna skrzynia wypełniona miliardami sekretów do której zgubiono klucz. Trzyma się swoich postanowień, dlatego jest godny zaufania. Jeżeli mówi, że nie piśnie słówkiem – nie zrobi tego łamany kołem, straszony wiatrem, palony ogniem. W odległych czasach, kiedy świat kulał się leniwie naprzód, próbowano wyrwać mu skrzydła. Nie wiem czy wiesz, ale u aniołów skrzydła to symbol dumy. Im bielsze, im większe i silniejsze, tym lepiej. Tym znacznie lepiej. Od tamtej pory patrzy z lękiem na każdego, kto wyraża zainteresowanie skrzydłami. Dlatego dziwię się, co zrobił następnej grudniowej nocy.

O wszystkim słyszałam z plotek, ale naiwnie w nie wierzę. Jestem pewna, że byłby do tego zdolny. On i ta cała jego głupia wiara w ludzi. Ponoć przyjął kiedyś pod opiekę młodą anielicę. Też niczego o nim nie wiedziała. Irytowała się, gdy nie odpowiadał, dlatego niejednokrotnie go śledziła. Nigdy jej na tym nie przyłapał; tego była pewna. Tamtego wieczoru, w kilka godzin po ataku, wymknął się z chaty i poszedł w las. Jego podopieczna była przerażona, więc bezmyślnie pobiegła w ślad za nim.
Mróz ponoć szczypał w policzki, a ona cała się trzęsła z zimna szalejącego w pustym lesie. Liriell, niczego nie podejrzewając, zaszedł na pobliską polanę, na której rozwinął skrzydła. Ich biel niewiele różniła się od śniegu, a ona była tym tak urzeczona, że omal nie wrzasnęła, gdy zaczął rwać pióro po piórze. Wcisnęła pięść w usta i zagryzła na niej zęby. Cała przylgnęła wtedy do chropowatej kory ciemnego dębu i patrzyła w niezrozumieniu jak rwie jedną lotkę po drugiej, a potem wkłada je do raszlowego wora.
Robił tak co noc. Czasami widziała w jego oczach łzy, ale nigdy nie wybiegła, by go powstrzymać. Nad ranem udawała, że o niczym nie wie, starając się zachować zimną powagę. Zresztą, gdy mi to opowiadano, sama nie wiedziałam w czym rzecz. Pewnie wątpliwości nigdy by się nie rozwiały, gdyby nie przypadek. Księżyc już dawno sięgnął środka nieba, gdy trzasnęła gałąź. Podopieczna natrafiła na skryty pod śniegiem kawałek drewna, od razu przyciągając spojrzenie swojego nauczyciela. Co miała teraz do stracenia? Wyłoniła się zza dębu i stanęła na skraju lasu, patrząc mu nieśmiało w oczy.
- Po co to robisz? - zapytała niepewnie.
W jego oczach widziała łzy.
Nic jej wtedy nie odpowiedział. Złożył ogromne skrzydła pozbawione wielu, zbyt wielu, piór i przywołał ją do siebie. Podeszła gotowa przyjąć reprymendę, ale zamiast tego rozległ się trzask ugniatanego pod podeszwami butów śniegu. Liriell poprowadził ją tej nocy aż do wioski. Szli na palcach, prawie jak szpiedzy. Jak cholerni włamywacze. To była mała wioska, ledwie kilka chat, stary kościół i karczma. Skierowali się do ostatniego domku, w którym, mimo głębokiej nocy, wciąż tliło się światło.
Okiennice były uchylone, co dziwiło przy tak niskiej temperaturze. Może zepsute? Podopieczna spojrzała wtedy na Liriella, a gdy ten zachęcił ją kiwnięciem głowy, podeszła do okna i zajrzała w głąb domu.
Na drewnianym krześle siedziała kobieta, z brodą opartą na piersi. Spała niespokojnie i widać było, że ledwo zapadła w drzemkę. Na jej kolanach leżało stare prześcieradło, złożone na pół, z dwóch stron obszyte grubą nicią. Podopieczna, nazwijmy ją Ariel, to popularne wtedy imię, zerknęła za siebie na Liriella, a on raz jeszcze kiwnął głową. Kazał się przyjrzeć. Więc przyjrzała się uważniej, wyciągając przy tym szyję. Dopiero wtedy ujrzała kawałek łóżeczka. Stanęła na palcach. Po drugiej stronie pokoju ustawiono kołyskę z niemowlęciem pogrążonym w gorączkowym śnie. Tuż obok wory. Jeden z nich przewrócił się i po podłodze rozsypała się biel piór.
Wracając, Ariel przycisnęła pięść do serca.
- Po to jej były pióra anielskie? - zapytała wreszcie, nie patrząc na Liriella. - Myślałam, że płaczesz z bólu.
Liriell roześmiał się wtedy, kładąc dłoń na jej głowie.
- Dziecka mi było szkoda. Ból był nieistotny.

_________________

Yeah.
Keep rolling your eyes.

Maybe you'll find a brain back there.



-----------
Do     cholery

avatar

Liczba postów : 216

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down


Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics